Kategorie
selfpublishing

Jak być kotem Schrodingera w selfpublishingu

Kota Schrodingera chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. A jednak, znajdą się tacy, co chcą nim być – i niekoniecznie wyjdzie im to na zdrowie portfela. Ale od początku.

Wydanie swojej pierwszej powieści to coś wielkiego. Historyczna chwila. Rzecz, którą zapamięta się na zawsze, być może ze szczegółami. Uniesienie, miłość i wywalanie z siebie kilometrowej tęczy.

– Zaraz, zaraz – odezwie się zaraz uważny czytelnik. – Ale przecież nie wydajesz własnym sumptem, by skończyć jak pisarz tradycyjnego wydawnictwa.

Tak.

W tradycyjnym wydawnictwie szpan jest bardzo wysoki. W końcu docenili cię, dają ci promocję i tak dalej, włącznie z księgarniami. Tyle że finansowo jest zwykle przeciętnie. Przypadki Rowling zdarzają się raz na ruski rok, jak nie rzadziej. Nic więc dziwnego, że selfpublishing zyskuje sobie popularność w Polsce.

A gdzie w tym wszystkim ja?

Ano ja chciałabym zarobić na „Agafe”, ale priorytetem jest otaczanie wszystkich i wszystkiego tęczą. Tyle że umysłowi, który nie jest wdrożony w myślenie matematyczne trochę ciężko wykalkulować, od jakiej kwoty powieść powinna być sprzedawana.

Zresztą – tak się teraz zastanawiam… znałam kiedyś pewną babeczkę, która wydała własnym sumptem poradnik o odżywianiu brzdąców. Dostałam go w ramach współpracy recenzenckiej, ale dla innych cena wynosiła ok. 45 złotych. Ludzie twierdzili, że to za drogo, a ja patrząc teraz okiem wydawcy twierdzę, że była to cena, przez którą autorce koszt produkcji nie tylko się zwracał, ale także i dawał zyski, dochody.

A jednak, miała problem ze sprzedażą produktu, bo był za drogi.

Co z tego, że formalnie poradnik był świetny, napisany przystępnym językiem?

Ano to, że prawa rynku.

Ja, wydając „Agafe” liczyłam na to, że zarobię. Jednak pierwszy błąd popełniłam już przy starcie – brutto pomieszało mi się z netto, więc koszt druku nie wyniósł 1500, a 1646,40 złotych. No dobra, w cenę doliczyli wysyłkę do mnie, ale to i tak było na oko. Zresztą, to tylko jedna rzecz. Drugą jest zrobienie składu książki, bez którego druk właściwie byłby niemożliwy. Ten… Ten to cała osobna historia, ale na potrzeby tego tekstu ustalmy, że wyniósł 500 złotych. I drobnica – koperty na książki, by wysyłać klientom, także miały cenę. Sto bąbelkowych wyniosło jedyne 42 złote.

Podsumujmy więc to, co nam się udało ustalić.

Ilość egzemplarzy wynosi… haha – 99, bo jeden idzie do Biblioteki Narodowej. A w rezultacie do sprzedaży wchodzi mniej, bo: trzeba dać egzemplarz redaktorce oraz osobom, bez których ta książka w ogóle by nie powstała. Do dyspozycji sprzedawcy jest zatem 96 egzemplarzy i umówmy się, że część powinna polecieć do jakiś blogerów czy innych promotorów.

Bo piszesz powieść nie tylko po to, by zarobić.

Piszesz także po to, by historia dotarła do innych.

A teraz mi się przypomniało, że przecież biznesmen i tak nie liczy na ZYSK w pierwszych miesiącach inwestycji, czy coś podobnego. To zwróci się w dalszej perspektywie i niekoniecznie będzie to sprzedaż pierwszego produktu.

OK, ustalam sobie, że 90 egzemplarzy chcę wystawić na sprzedaż.

Pytam się matematycznego geniusza-przyjaciela, za ile sprzedać powieść, jeśli chcę zarobić. Niestety, netto z brutto mi się kiełbasi i z 1646 złotych wychodzi 1500. No i te 542 złotych z innych kosztów nie biorę pod uwagę.

Z pomocą przychodzi kalkulator google.

Czyli, z matematycznego punktu widzenia, jeślibym sprzedawała „Agafe” po 30 złotych to zarobiłabym jedyne 511,60 złotych. BOGACTWO! Oczywiście przy założeniu, że znowu czegoś nie pokiełbasiłam.

Dociekaczy uspokajam – redakcja była zrobiona w ramach przyjacielskiego wsparcia. I tak, jest to potężna, wymagająca praca, za którą jestem niezmiernie wdzięczna Joannie Jankowski, dla której chociaż będę miała egzemplarz powieści.

Prawie jak kot Schrodingera

Więc zysk z „Agafe” byłby prawie jak kot Schrodingera. Prawie robi jednak wielką różnicę…

Patrząc na to wszystko oraz na sytuację finansową ludzi wokół mnie, dochodzę do prostego wniosku.

Ludziom trzeba dać wybór.

Chcesz przeczytać, a ledwo Twój portfel wyrabia – nie ma problemu. Trzydzieści złotych jest to kwota standardowa na rynku, przystępna i nie budząca dramy. A jeśli czujesz, że chcesz wpłacić więcej, to wpłać. Nic nie stoi na przeszkodzie, a za każdą złotówkę jestem bardzo wdzięczna. I niezmiernie się cieszę, że mogę Wam przekazać historię Agafe, bo uważam ją za piękną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *